
Potrzebuję inspiracji. Potrzebuję powiewu świeżego powietrza, który natchnie mnie i rzuci nowe spojrzenie na kartki zeszytu, w którym przywykłam zapisywać losy wytworów mojej wyobraźni. Marzę o różdżce, która zaczaruje mą dłoń i pozwoli jej kreślić przepiękne kształty na śnieżnobiałym papierze szkicownika, który zaimponował mi swą prostotą i wielkością. Czyż to nie jest okrutne, kiedy nie potrafimy robić tego, co kochamy całym sercem, co daje nam poczucie szczęścia i spełnienia? Wciskam kolejne klawisze klawiatury, przy czym palce robią to tak niechętnie, jakby plastik palił je podobnie jak sierpniowe słońce w samo południe. Biorę do ręki ołówek i chcę uchwycić piękno ususzonych róż o herbacianym kolorze, które stoją tuż przede mną, jednak strach nie pozwala mi narysować nawet jednego płatka. Przecież i tak nie wyjdzie. Zmarnuję idealną biel pergaminu, oszpecę ją szarymi bazgrołami. Przecież moje słowa nie łączą się w spójną całość, tak by ułatwić czytelnikowi wyobrażenie sobie danej sytuacji w odpowiedni sposób. Załamana, odtrącona i sponiewierana Lilianne wyda się lakonicznym pionkiem bez osobowości, a oszalały z gniewu Stefan pomylonym furiatem. Czasem jedynym, co nas wypełnia jest nieprzenikniona pustka, której nie sposób zrozumieć. Zabiera chęć działania, odstawia na bok pasje, porywa część osobowości. I chyba potrzeba naprawdę ogromnej siły woli, aby ją przezwyciężyć. Ale przecież w końcu się uda, zawsze się udaje.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz