wtorek, 27 stycznia 2015

5 ★ Kiedy tonęłam.


Tęsknić można za ulubionym pluszakiem, który zawieruszył się podczas generalnych porządków, za obleczoną w bordową poszwę kołdrą podczas zajęć lekcyjnych w wychłodzonej sali i za świątecznymi ciasteczkami, kiedy za oknem plucha. Tęsknić można za przyjacielem, który zmienił swe dotychczasowe życie i zapomniał cię w nim uwzględnić, za dzieciństwem - czasem, gdy wszystko było beztroskie i łatwe. Ale okazuje się, że człowiekowi potrafi brakować również czegoś, co nierozerwalnie łączy się z bólem i cierpieniem. Mówię o krzywym słoneczku na plakietce, o całodobowej wentylacji okiennej, o podziurawionych rękach z pozatykanymi żyłami. Mówię o szczerych uśmiechach, o trosce w oczach, o uroczych zdrobnieniach twojego imienia, na które nigdy w życiu byś nie wpadł. Mijają dni, tygodnie, miesiące, rok. Nie wiem kiedy, nie wiem jak. Wciąż widzę szczupłą sylwetkę na korytarzu, słyszę niepewne ,,o, jesteście!'', dostrzegam bezradność w zwykle pogodnych źrenicach. Chciałam uciekać - wyskoczyć przez jedno z gigantycznych okien na pierwszym piętrze, minąć się z imponującym ogonem pawia i znaleźć we własnym łóżku, gdzie mogłabym bez obaw zakopać się pod pościelą oraz oddać łzom. Lecz to nie była złość, to był zawód. Bo uwierzyłam w bajki dla dzieci, w których otoczeniu się właśnie znalazłam. Z tym właśnie poczuciem wpatrywałam się przez całą noc w drewniane drzwi, przez których szklane prostokąty wpełzało do sali niosące nadzieję światło. Lecz czym było te kilkanaście godzin w poczuciu zwątpienia i oszukania w stosunku do wszystkiego, co otrzymałam w zamian.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz